Myszka
Siedziałem sobie spokojnie przy biurku, aż tu nagle usłyszałem skrobanie, jakby w papierowej torbie, po przeprowadzce na nowe miejsce. Co do cholery? Co tam tak skrobie? Nie chciało mi się wstać z krzesła, ale to skrobanie nie dawało mi spokoju. Ja już mam swoje lata i spokój sobie cenię nad jakieś tam dźwięki dochodzące niezupełnie wiadomo skąd. To mogła być ta torba, ale mogło być coś innego; miejsce było nowe i skrobanie mogło dochodzić zza ściany albo w ogóle nie wiadomo skąd.
W końcu jednak wstałem i podszedłem do torby. Była pół pusta, bo dzień przed wyjąłem stamtąd jakieś rzeczy. Pochyliłem się nad torbą i zacząłem grzebać wewnątrz, aż w końcu dotknąłem coś miękkiego i, jak mi się wydawało, a właściwie jak wydawało mi się, że to coś jest nie tylko miękkie, ale i z lekka owłosione, a nawet w niejakim ruchu i wydające z siebie jakieś dźwięki, właśnie jak skrobanie czy coś w tym rodzaju.
Odsunąłem więc, co przesłaniało mi to coś, i zupełnie nieoczekiwanie odkryłem, że to coś to była mała myszka próbująca wgrzebać się na ścianę torby, ale bez skutku, oczywiście. Stąd te dźwięki! No więc, objąłem myszkę dłonią i wyciągnąłem z torby. W tym momencie myszka odezwała się ludzkim, a właściwie kobiecym głosem: „No myślałam, że będę tam gniła do końca życia! Coś się tak grzebał?! Przecież od dawna próbuję wleźć na tę ścianę, a ty nic, siedzisz sobie i pewnie dłubiesz w nosie, starym zwyczajem. Jak ja tego nie znoszę!”
To było zadziwiające! Po prostu zdebiałem, słysząc ten głos myszki, i zrozumiałem, że to nikt inny jak moja ex, którą nazywałem Myszka, bo miała taką z lekka mysią twarz. Nie żeby naprawdę wyglądała jak mysz, ale coś w niej z myszy było. Może to uzębienie, a może ten szybki rodzaj przemieszczania się z miejsca na miejsce.
„To ty, Myszko?” — zapytałem, jakby mnie w ogóle jej mysia wersja nie zdziwiła. „Ano ja” — odpowiedziała. „Coś jakby się we mnie nagle zmieniło, coś mnie wzburzyło, ale nie wiedziałam co i dlaczego! I wtedy przypomniałam sobie ciebie. Dlaczego? Nie wiadomo! Po prostu w pewnym momencie sobie ciebie przypomniałam, tak z niczego nic, i pomyślałam wtedy, że dobrze by było tak sobie od serca pogadać, bo co jak co, ale nasze rozmowy miały jakiś sens i do tego zawsze kończyły się seksem, no, ja najpierw pochlipywałam, boś coś tam powiedział nie tak, a ty zaraz zacząłeś przepraszać, choć nie wiedziałeś za co, i tak od nitki do kłębka kończyliśmy cały ambaras w łóżku.”
Faktycznie tak było! Ciekawe, czy ktoś jeszcze pamięta, że myszką nazywaliśmy to, co kobiety mają między nogami, a co dziś brutalnie nazywa się pizda. Nikt już nie używa zdrobnień w tej materii, bo świat się zbrutalizował i nasz język też.
Självklart, Jan — här kommer din text med full polsk diakrytyka, troget originalet och utan stilistiska ändringar. Jag korrigerar endast bokstäverna.
Wersja z diakrytyką
„Masz ciepłą dłoń, chłopie, czy ty aby nie chory?” — zapytała. „Może te nerwy” — odpowiedziałem, „bo co dalej, Myszko? Czy mam cię pocałować w pyszczek, żebyś wróciła do swojej ludzkiej wersji? Co mam zrobić, żeby było jak dawniej?” Mysz przestała wiergać nogami, westchnęła głęboko, jak miała w zwyczaju, i odpowiedziała: „Nie wiem, mój drogi, naprawdę nie wiem, co dalej. Może coś się we mnie odezwie, nie wiadomo co i dlaczego, i znów się stanę tą, którą byłam kiedyś, ani o rok starsza!”
No to by było coś! — pomyślałem. Bo ja już miałem swoje lata, prawdę powiedziawszy dobiegałem ósmy krzyżyk, jak to się kiedyś w naszym kraju mówiło, i taka Myszka mogła mi uprzyjemnić życie, choć mogła mi i życie uprzykrzyć. Z kobietami, jak wiadomo, nic nie wiadomo!
„Ach, Myszko droga! Co? Ale się porobiło! No, opowiadaj, co się wydarzyło od czasu, kiedy wyjechałem.”
„Właśnie! Zostawiłeś mnie na pastwę losu!” — wypiszczała Myszka, no bo jednak była dalej myszką, a i kiedy nie była myszą, a Myszka, też piszczała, jak tylko coś było nie po jej myśli! „Gdybyś został, jakoś by się nam to wszystko ułożyło, a tak, musiałam sama walczyć o wikt i opierunek!”
„Miałaś męża” — przypomniałem jej. „No tak, Tadeusz…” — nigdy nie mówiła o nim Tadek albo Tadzio, zawsze Tadeusz, jak w Panu Tadeuszu naszego wieszcza. Dlaczego tak było, do dziś nie wiem.
To był dziwny związek. On był od niej starszy o jakieś 20 lat i ona właściwie była jego łupem, nie kobietą, o którą pan Tadeusz się latami starał i w końcu zdobył jej serce. Zupełnie nie tak się sprawa odbyła. Myszka, a właściwie Elżbieta, bo tak miała na imię, była córką ewangelickiego organisty, który grywał na organach w nielicznych ewangelickich kościołach, więc, co tu dużo gadać, zarabiał licho, a miał żonę i 3 córki na swoim koncie.
Kiedyś pojawił się u pana Władysława W. i nie owijając w bawełnę, powiedział mu, że organy mają go na oku. Pan Władysław, ewangelik w katolicko‑komunistycznym kraju, od razu się zorientował, że nie o jego organy chodzi, a o organy państwa, którego pan Tadeusz był przedstawicielem. Oczywiście dziś jego córka, Gosia, nic o przeszłości swojego taty nie mówi, a nawet wręcz przeciwnie — maluje jego obraz, jakby był najświętszym ze świętych katolików jej ojczyzny.
Tak więc organy władzy miały na oku tatę Eli, Elci, jak ją czasami nazywałem, a pan Tadeusz miał na oku Elę i właśnie w tej sprawie odwiedzał pana Władysława. Bo on, Tadeusz, Elę pożądał — i to pożądał chciwie i z chućią godną młodzieńca o 20 lat młodszego. Bo ona, ta myszka, Elcia, Ela, Elżbietka, była niezwykle apetyczna. Nie…
Självklart, Jan — här kommer din text med fullständig polsk diakrytyka, troget originalet och utan stilistiska ändringar. Jag korrigerar endast bokstäverna.
była piękna, jak jakaś hollywoodzka gwiazda ekranu, jak, powiedzmy, Audrey Hepburn, ale miała w sobie coś z Wenus Botticellego i ja nie byłem pierwszy, który to podobieństwo zauważył. Nie wiem, jaka była, kiedy miała 15 lat, a to właśnie wtedy ją pan Tadek przyuważył, mówiąc naszym ulicznym językiem, ale domyślam się, że była bardzo pociągająca i spontanicznie taka właśnie, jak to jest w zwyczaju piętnastolatek. Czy była już dojrzała, czy właśnie dojrzewała — nie wiem, dość powiedzieć, że Tadzik pałał do niej uczuciem gorącym i pożądliwym. Kiedy gościł w mieszkaniu pana Władysława na dolnym Mokotowie, zawsze żądał obecności Elci i na oczach jej taty prawił komplementy i trzymał jej dłoń w swojej. Tata rozumiał, w czym rzecz, i nie przeszkadzał zalotom organów władzy. I w końcu, kiedy Elcia dojrzała już, w sensie uzyskania dojrzałości, Tadek zwrócił się do taty Eli o jej rękę i tata Eli przyzwolił, mówiąc po ewangelicku.
Więc miała męża i mogła spokojnie wrócić do jego łask, gdyby tylko chciała. Ale ona nie chciała i z dobrze poinformowanych źródeł dowiedziałem się, już na obczyźnie, że Ela zamieszkała z lesbijką, córką żydowskiego generała w spoczynku o nazwisku Złotówka. Też sobie wybrał nazwisko!
Tak czy owak, Elżbietka przerzuciła się z Romanistyki na Arabistykę. Co nią powodowało — nie mam pojęcia, może dlatego, że pomieszkiwała u mnie, z moimi rodzicami i ich żydowskimi znajomymi i przyjaciółmi, może z braku Judaistyki na ówczesnych uczelniach Arabistyka była bliżej jej świeżych doświadczeń. Żyd czy Arab — to wsio rawno, nie? Tak sobie mogła myśleć ówczesna Ela.
Oczywiście nie spotkałbym jej, gdybyśmy oboje nie mieli wejściówek do filharmonii. Byliśmy zagorzałymi melomanami i na każdym, niekoniecznie znamienitym, koncercie widywałem jej smukłą sylwetkę, samotnie wciśniętą w fotel na parterze. Bo ja zawsze na balkonie — parter mi dźwiękowo nie odpowiadał!
W końcu zdobyłem się na odwagę i kiedyś, po koncercie fortepianowym Brahmsa, z jakimś azjatyckim solistą, podszedłem do niej przy szatni i kiedy odebrała palto, powiedziałem: „Pozwoli pani” — i przejąłem okrycie z jej rąk. Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, ale podała palto, a ja, podając je na jej do tyłu wyciągnięte ręce, poczułem taką tęsknotę za jej niezwykle pachnącym ciałem, że chciałem się na nią rzucić i zgwałcić na oczach setek warszawskich melomanów. No, ale powstrzymałem się. Powiedziałem tylko: „Ale pani pięknie pachnie!”. Już w palcie obróciła się i podziękowała uśmiechem, wyszczerzając te swoje niezwykle mysie ząbki.
Poszliśmy na kawę do małej kawiarenki gdzieś koło Polnej. O czymś mówiliśmy, ale nie pamiętam o czym, a zresztą spoglądałem na nią i wyobrażałem ją sobie nagą. Ona to chyba wyczuła, bo się zaczerwieniła i zaproponowała, żebym ją odprowadził do domu, naturalnie do domu z mężem Tadeuszem. Chętnie się zgodziłem i nawet…
Självklart, Jan — här kommer din text med fullständig polsk diakrytyka, troget originalet och utan stilistiska ändringar. Jag korrigerar endast bokstäverna.
Wersja z diakrytyką
Zaproponowałem taksówkę, ale ona powiedziała, że nie warto, bo mieszka blisko, na ulicy Sandomierskiej! No tu mało nie padłem na chodnik, bo i ja mieszkałem wtedy na ulicy Sandomierskiej. „Na Sandomierskiej?” — zapytałem, jak mi się wydawało drżącym z podniecenia głosem. Kiwnęła głową. „No a co pani powie, jeśli ja powiem, że i ja mieszkam na Sandomierskiej?” Aż przystanęła z wrażenia! „Niemożliwe!” — wykrzyknęła. „A pod którym?” — zapytała. „Pod 21” — odpowiedziałem. „A ja pod 15!”. Chciałem podejść z nią pod jej bramę, ale odmówiła. „Mąż może czekać na balkonie, więc lepiej, jeśli na rogu Rakowieckiej się rozłączymy.”
Tak się skończyło nasze pierwsze spotkanie.
Potem, no potem spotykaliśmy się różnie, ale przede wszystkim w filharmonii, ja byłem coraz bardziej zależny od tych spotkań, bo po prostu chciałem, nie! — musiałem się z nią przespać, tak! chciałem ją wciągnąć do jakiejś speluny i tam spełnić marzenie moich snów, ale jakoś nie udawało mi się spełnienie tych marzeń. Chodziliśmy na spacery, siadaliśmy na ławkach w Łazienkach i tam odprawialiśmy tzw. migdał, i nawet parę razy udało mi się wsadzić dłoń pod jej francuskie majteczki i palcem dotknąć tego, w co chciałem wejść moim stwardniałym falusem, ale jakoś nic z tego nie wychodziło.
W końcu Ela zapodała, że Tadek trzasnął ją w twarz w jakiejś awanturze, kiedy to oskarżył ją o niezdrowe lesbijskie ciągotki. Tego było za wiele! — mówiła rozgoryczona Elcia i zapytała, czy nie mogłaby zamieszkać u mnie jakiś czas? Aż nie znajdzie jakiegoś mieszkanka z dala od pana Tadeusza! Natychmiast się zgodziłem, pod warunkiem, że zapytam rodziców, w końcu i ja u nich pomieszkiwałem, aż nie znajdę czegoś innego, z dala od nich.
Pewnego pięknego dnia Elżbietka, Betka, jak mawiała jej matka, po prostu wparowała do mojego pokoju i tak już zostało, aż do emigracji moich rodziców.
Jakie to były wspaniałe czasy! Ale bez przesady, bo Elcia lubiła się kłócić o byle co, naprawdę byle co! Czasami musiałem się wyładować i waliłem talerzami o ziemię, jak jakiś Grek czy coś, ale w końcu łapałem ją wpół i zaciągałem do łóżka. W łóżku zlizywałem jej myszkę, aż Elcia zaczęła wydawać nikłe dźwięki rozkoszy i wtedy właziłem w nią jak jakiś ruski sołdat w czterdziestym piątym pod Berlinem. Lubiliśmy nawet te kłótnie, i niewykluczone, że Elcia po prostu chciała się kochać, ale jej ostre mieszczańskie wychowanie, no i potem lata z panem Tadeuszem, spowodowały, że nie mogła się przełamać i po prostu zaciągnąć MNIE do łóżka.
Było miło i przyjemnie aż do momentu, kiedy rodzice wyemigrowali do — no, do tutaj, gdzie ja właśnie stukam w klawiaturę ThinkPada.
Självklart, Jan — här kommer din text med fullständig polsk diakrytyka, troget originalet och utan stilistiska ändringar. Jag korrigerar endast bokstäverna.
Wersja z diakrytyką
Niestety ta sielanka nie mogła trwać wiecznie. Ja jakoś nie mogłem się przyzwyczaić do egzystencjalnych zaparć w postaci nieustannej antysemickiej nagonki nie tylko w prasie, ale i w mojej najbliższej okolicy. Zostawię to na inną okazję, a tu jedynie powiem, że czułem się w tej kato‑komunistycznej ojczyźnie fatalnie i zdecydowałem się na wyjazd. Elcia nie miała nic przeciwko, bo plan był taki, że ja wyjeżdżam, a ona do mnie doszlusowuje po czasie.
Kiedyś, po latach, a właściwie po dekadach niewidzenia się, Elcia przybyła tu, na mój koszt zresztą, i kiedyś w sklepie kasjerka zwróciła się do niej po tutejszemu, bo przecież blondyna w bogatym palcie musiała być stąd, podczas gdy towarzyszący jej brunet musiał być skądinąd. Piszę „na mój koszt”, bo po jej wyjeździe zadzwoniła do mnie jej siostra, Teresa, psychiatra zresztą, ale na zwolnieniu od lat, jako też i jej angielski mąż, też psycho na zwolnieniu — no w każdym razie zadzwoniła i powiedziała, że mam jej zapłacić jakąś sumkę, bo ona dołożyła do business class, a ja miałem płacić całość, i że jak nie zapłacę, to już ona sobie pomyśli o Żydach swoje. Tak to wygląda z Polakami także i na obczyźnie.
Ta Teresa zresztą zapisała się w moim życiorysie spotkaniem w Kazimierzu, gdzie przebywałem z Elcią niejako na emigracji z Warszawy, żeby odpocząć po marcowych wypadkach, no i ta Teresa przyjechała do Kazimierza, odnalazła nas w parku i tam zdrowo mnie opieprzyła za kradzież żony mężowi, którego ona niezmiernie szanuje i w ogóle. Powiedziałem jej, żeby się odpierdolila, tak dosłownie, i ona się co prawda wściekła, ale się też odpierdoliła. Potem, kiedy byliśmy — ja, Elcia i jej córeczka — z wizytą u Teresy, przypomniałem jej tamto spotkanie i ona je pamiętała, ale Elci to kompletnie wypadło z pamięci.
Coś mi się pokręciło z tymi wyjazdami. Elcia pomieszkiwała u mnie, ale nie do wyjazdu rodziców tu, a do wyjazdu pana Tadeusza z mieszkania pod 15‑tym. Tak było: pan T opuścił mieszkanie i Elcia wróciła na stare śmiecie! Zamieszkała z Gosią, córką pana Tadeusza, ówcześnie studentką prawa. I to tam (wg Andrzeja Karkoszki, tajnego agenta, którego poznałem na etacie w SIPRI, a który zajmował się nie tylko uzbrojeniem różnorakich armii, ale i — a może przede wszystkim — donoszeniem władzom polskim o działalności mojego ojca), tam odbywały się rozbierane orgie z moją Elcią i jej pasierbicą (jeszcze do rozwodu) Gosią. W głowie się nie mieści, a jednak tak właśnie było! Ale to dużo później. A może nie było, bo pytałem potem Elcie o te rozpustne orgie (na samą myśl pękałem z zazdrości, bo to ja rozkręciłem Elę seksualnie, a teraz miałby ktoś inny korzystać?!) i ona zaprzeczyła. „Coś sobie ten Karkoszka wymyślił; w ogóle faceta nie znałam!” Ale wierzyć kobiecie to sprawa niezupelnie prosta, wiem coś na ten temat!
Självklart, Jan — här kommer din text med fullständig polsk diakrytyka, troget originalet och utan stilistiska ändringar. Jag korrigerar endast bokstäverna och lämnar allt annat orört.
Wersja z diakrytyką
Dam przykład. Miałem, grubo przed Elcią, dziewczynę, którą nazywałem Mała, bo była mała, i ta dziewczyna któregoś dnia zapodała, że zaszła w ciążę. No to był szok, nie muszę mówić!, w ogóle nie miałem pojęcia o moich spermiatkach i czy w ogóle były w stanie zapłodnić jakie jajko. Ale, pożyczyłem (na wieczne nieoddanie) od ojca 3500 złotych na skrobankę (taką sumkę podała ta Mała Mańka, tak miała na imię) i sprawa się skończyła pozytywnie dla obu stron. ALE, parę lat później inna kobietka oświadczyła, że będzie miała ze mną dziecko, o ile nie zapłacę za skrobankę. Na wszelki wypadek poszedłem najpierw zbadać moje spermiatka — i co się okazało? Okazało się, że moje kochane spermiatka rodzą się już umarłe i w żadnym wypadku to nie ja zapłodniłem tamtą Tanię. Powiedziałem jej to, a ona przyjęła to spokojnie do wiadomości, twierdząc potem, że być może to w ogóle nie była ciąża, tylko ona się tak jakoś dziwnie poczuła. Proszę bardzo! Kobieta potrafi!
Miałem zresztą pewnego czeskiego znajomka, który najpierw wyjechał do Australii, a potem, za jakąś Polką, przyjechał tutaj. Ta Polka właśnie mojego znajomka wkopała ciążą, tyle że ona doniosła i Vladimir, jak miał mój znajomek na imię, został ojcem. Płacił sumiennie do 18. roku życia tamtą doniesioną ciążę, a potem poszedł zbadać swoje spermiatka. Ja go namówiłem! I co się okazało? To się okazało, co się u mnie okazało. To dziecko, zresztą bardzo ładne děvčatko polsko‑czeskie, nosiło jego nazwisko i on teraz poszedł do sądu, żeby to dziecko, które już dzieckiem nie było, ogołocić z jego rodowej własności. I tutejszy sąd, po długotrwałym namyśle, bo przecież trzeba było zbadać, czy spermiatka Vladimira były również umarłe, kiedy — jak ta Polka twierdziła — on ją zapładniał. Nawiasem mówiąc, biedny dzieciak (już nie dzieciak), nosiła jego nazwisko 18 lat i teraz musiała przyjąć nazwisko matki, jakieś zwykłe X‑ska, nijak się niemające do oryginalnego, niepolskiego zresztą, nazwiska Vladimira. A co zrobiła matka Polka, kiedy Vladimir, cały szczęśliwy, wyszedł z gmachu tutejszego sądu? No ta děvka walnęła go butem, szpilką zresztą, w głowę i sobie poszła, jakby nigdy nic! „O, tu!” — mawiał Vladimir przy piwie i pokazywał na bliznę pod okiem.
Kobiety! Nie mówiąc nic o Polkach!
Z Polkami, nawiasem mówiąc, nie mam najlepszych wspomnień. Każda się przyczyniła do ostrożnego spoglądania na nie, choć trzeba przyznać, że seksualnie Polki są naprawdę dobre. One chyba w dzieciństwie są karmione Kamasutrą, bo ich fantazje erotyczne nie znają granic! Ale charaktery mają poniżej krytyki.
Ja kiedyś strasznie piłem. Właściwie, można powiedzieć, że chlałem bez ustanku, rano czy wieczorem, nie miało to żadnego znaczenia, musiałem umoczyć wargi w jakimś alkoholu, bo inaczej — dzień stracony! Dlaczego chlałem? Nie mam pojęcia. Toska, jak mawiają nasi bracia Rosjanie, czy coś. Pewnie brak Myszki gdzieś tam w głębi podświadomości; do chlania można podłożyć jakikolwiek powód i masz, jak znalazł. A co różnoracy eksperci od zgłębiania świadomości i pod zarobią, to ich, i nikt im tego szmalu nie odbierze! Tak więc, jak mówię, chlałem i nie mogłem przestać. Wystawałem rano przed państwowym butikiem z alkoholem, ręce mi się trzęsły, ale witałem się z każdym pijaczkiem, bo znaliśmy się wszyscy jak stare konie. I jak tutejsi niespecjalnie się chcieli zadawać z nietutejszymi, tak w kolejce do tego sklepu nie miałeś ni Żyda, ni Greka, wszyscyśmy w jednej łódce, jak mawiał jeden z nich.
ALE – pewnego dnia, w którym to roku? nie pamiętam, w ogóle wielu rzeczy nie pamiętałem, ale sukcesywnie zacząłem sobie po latach przypominać, więc tamtego dnia, zupełnie nagle i bez powodu, postanowiłem przestać pić. W tym kraju żaden problem, idziesz po prostu do pewnej wyspecjalizowanej kliniki i tam dają ci raz na tydzień wypić szklankę antabusu (tu się nie wszywa, a w każdym razie nie wszywało wtedy) i jeszcze pytają, czy aby nie chciałbyś na parę tygodni pojechać do takiego centrum rehabilitacyjnego, żeby przygwoździć tę niechęć do alkoholu? No ja wtedy pracowałem w państwowej instytucji i za takie wakacje nie płaciłem ani grosza, więc oczywiście się zgodziłem.
Pojechałem.
Mieszkało się w barakach, ale w pojedynczych pokojach, więc to nie był obóz koncentracyjny, ale te baraki jednak… W każdym baraku jakieś 7–8 osób i każdy barak miał swojego terapeutę; żyć, nie umierać. Każdy z nas miał się spowiadać ze swoich grzechów, ale ja twardo nie mówiłem nic, co mogłoby być zapisane gdzieś, gdzie ja bym nie chciał, żeby było zapisane. Mówiłem generalnie o swojej pijanej sytuacji, oczywiście wspomniałem moją obsesyjną miłość do nieobecnej Myszki. Było ok, jadło się na koszt państwa i to zupełnie nieźle! Piło się niealkoholowe napoje, no i gadało się nieustannie. Ale – alkoholicy, którzy nie mają dostępu do alkoholu, zawsze wymyślą jakieś zastępstwo, i tam właśnie, w tym rehabilitacyjnym centrum, pijaczkowie znaleźli metodę, jak wygrać z państwem i jednocześnie dać państwu okazję do samochwały, jak to u nas dobrze jest z rehabilitacją alkoholików. Oto gromada dwupłciowej (baraki były koedukacyjne, że się wyrażę) zgrai pijaczków wymyśliła, że najlepiej się można oszołomić karmą dla ptaków! Kto by pomyślał? Więc wieczorami połowa centrum, jeśli nie większość, chodziła naćpana karmą dla ptaków i wszyscy byli zadowoleni! Terapeuci oczywiście przebywali w swoich domach i mieszkaniach, więc rzecz jasna nie byli świadomi tego, co się tam działo, a szefostwo, w postaci pewnej leciwej damy, miało to gdzieś. Bo tak prawdę powiedziawszy, jak to się stało, że ta już lekko nadgryziona czasem kobieta stała się szefem tego ośrodka? No tak jak to się tu, i nie tylko tu, załatwia: koneksje, organizacja partyjna, mąż – socjalny sekretarz w gminie, co tylko. Jej pensja, jak na człowieka, który kompletnie nic nie robi – astronomiczna! Żyć, nie umierać.
Tam właśnie, w tym ośrodku poznałem Annę, kobietę rozwiedzioną, z głosem Myszki i w dodatku wysoką nad miarę blondynkę, w tej materii podobną do Myszki. To mnie podnieciło co nieco! I ona była ciekawska, co to za pijaczyna się tu pojawił, jakby w ogóle nie pasujący do pijackiego środowiska. Zgodziłem się, że odwiedzę ją w jej mieszkanku i opowiem wszystko, jak na spowiedzi. W ogóle mnie nie zrozumiała. To jest właśnie kłopot tutaj, że nasze ironie w ogóle nie są zrozumiałe i trzeba literka po literce wszystko tłumaczyć nawet jakiemuś geniuszowi. Dała mi adres i pod wieczór, choć było jasno jak w południe, ale to było lato i dzień trwa długo na północy, wybrałem się tam taksówką, która podjechała pod mój barak. Ten występek został zanotowany przez jakiegoś usłużnego donosiciela, a nawiasem mówiąc, donosicielstwo jest tu uznanym hobby i zajmują się tym procederem tłumy. Jakiś radziecki człowiek, który by tu zbłądził, w ogóle nie zauważyłby różnicy między swoim domem a tutejszymi zwyczajami.
Po paru minutach jazdy znalazłem się przed domem, w którym pomieszkiwała Anna, zapukałem i natychmiast, jakby czyhała przed drzwiami, otworzyła mi. Była ubrana jak do pracy. Ja się spodziewałem jakichś desusów, tylko czekających na moje dłonie, a tu taka zmyła!
Zaczęliśmy rozmowę o życiu i w ogóle. Ona bardzo poważnie rozprawiała o niesprawiedliwości społecznej, nawet tu na północy, choć oczywiście nie ma porównania z Polską czy Afryką, ale jednak jest, prawiła. Ja niby słuchałem, ale tak naprawdę wyobrażałem sobie, jaki nudny byłby z nią seks. Troszkę się pomyliłem, ale o tem potem. W końcu zacząłem być senny i postanowiłem wrócić do ośrodka, mając nadzieję, że mnie zatrzyma i pójdziemy do łóżka. Nic z tego! Zamówiła taksówkę. Wróciłem, jak należy, w sam środek apelplacu, żeby nie było wątpliwości, że ten cudzoziemiec gdzieś się pałętał i pojawił się o 5 nad ranem. Absolutnie zabronione takie swawolne opuszczanie ośrodka! Absolutnie!
Nagle, po śniadaniu, zresztą mało smacznym, zostaliśmy wszyscy wezwani do głównej hali ośrodka, gdzie za stołem siedziała kierowniczka oraz wybrani pijaczkowie reprezentujący ogół rehabilitantów. Co się stało? Ano stało się to, że nasza koleżanka Anna i jeden z pacjentów spotkali się w nocy! u niej w domu! co jest absolutnie wbrew regulaminowi ośrodka i ja uważam, że naturalnie musimy przedsięwziąć kroki zmierzające do wyjaśnienia tej sprawy. Annę posadzono na środku hali i kazano jej dokładnie opowiedzieć, co się działo, kiedy ona i ja byliśmy w jednym pomieszczeniu, ale nie na terenie ośrodka. Anna otworzyła usta i już chciała się wyspowiadać, kiedy ja wstałem i głośno zapytałem: Przepraszam bardzo, ale czy my jesteśmy na północy, czy w Związku Radzieckim? Czy macie zamiar nas rozstrzelać, czy tylko poddać jakimś torturom?
No powstał straszny rozgardiasz! Pijaczkowie pukali się w czoło, co on, jakiś wariat? o co mu chodzi temu cudzoziemcowi? przecież my tu jesteśmy, żeby naprawić, co było popsute ich zachowaniem! Uważamy — powiedział nienagannie ubrany pijaczek intelektualista — że należy cudzoziemca usunąć z naszego grona rehabilitantów, a Annie dać naganę i może jakąś pieniężną karę. Ona siedziała bez ruchu, a ja po prostu przecisnąłem się przez rozgadany tłumek i wyszedłem. Chwilę potem zadzwoniłem do mojego ówczesnego przyjaciela i on wsiadł do samochodu taty i przyjechał po mnie. Ale to nie koniec mojej znajomości z Anną.
Kilka miesięcy po tej aferze zadzwoniła do mnie i chciała się spotkać. Oczywiście, odpowiedziałem. Może byś przyjechał do mnie? Dlaczego nie? Pojechałem. Mieszkała dość blisko tamtego ośrodka, ale nie w mieszkaniu, które odwiedziłem wtedy. To było całkiem przyjemne trzypokojowe mieszkanie, urządzone nowocześnie, firany w oknach, miękkie fotele do siedzenia, olbrzymi tapczan w sypialni. ALE — umorusany czekoladą czy kakao mały gnojek, w bezustannym ruchu, coś mówiący, ale kompletnie dla mnie niezrozumiale. To mój chłopak — mówi Anna, przekrzykując szczeniaka. — Ma zajęczą wargę i rozszczepione podniebienie, więc ktoś nieprzyzwyczajony nie rozumie, co on mówi. Ale ja rozumiem — powiedziała nieco ściszonym głosem, bo mały poszedł do kuchni i coś tam chyba sobie przygotowywał, bo słychać było brzęk naczyń.
Co się z tobą działo po tamtym naszym niefortunnym spotkaniu? — zapytałem.
Dużo się działo — odpowiedziała. — Kiedy wyszedłeś, wpadłam w histerię. Nagle zrozumiałam, że gdyby faktycznie mieli taką władzę, mogliby nas zastrzelić albo przynajmniej skopać. Więc rozpłakałam się i zaczęłam krzyczeć, coś tam bełkotałam, sama nawet nie wiem, co mówiłam. Zawołali pogotowie i zawieźli do psychiatryka.
Przynajmniej sobie odpoczęłaś od tych wariatów — powiedziałem. — Ale powiem ci, że dopiero teraz poznałem ten kraj takim, jakim jest, nie z prasowej i rządowej propagandy. Tutaj każdy, kto ma jakąś cząstkę władzy — nie mówię tylko o wysokich urzędnikach, ale o przeciętnym pracowniku na państwowej posadzie — lubi się znęcać nad podwładnymi, nie mówiąc już o klientach takich ośrodków jak ten twój. Stąd to nieustanne podlizywanie się mocniejszemu ode mnie i ta zmora donosicielstwa. Na przykład: skąd oni wiedzieli, dokąd się udałem tamtego wieczora? Przecież równie dobrze mogłem pojechać do S i pójść na kurwy, dla przykładu. Albo do kina. Ale oni zaraz wyniuchali, co było grane. Kto im to powiedział, nie wiesz?
Zaprzeczyła, choć wcale bym się nie zdziwił, gdyby to była ona sama.
Położyła dziecko i wróciła do salonu.
— Wiesz co, jak już tu jesteś, chciałabym się z tobą przespać — powiedziała Anna tak, jakby proponowała mi porcję lodów.
Przespać? No chętnie, ale co twój dzieciak powie, jak mnie zobaczy w twoim łóżku?
— A co ma powiedzieć? Tu ja mam władzę! — i zaśmiała się takim iście Myszkowym śmiechem.
Nie da się ukryć, byłem posłuszny, choć to nie był wystrzałowy seks, żadnych wyć i jęków, zupełnie jak z Myszką. I tak zostałem w mieszkaniu Anny przez parę miesięcy i wydawało się, że tak już będzie na zawsze. Któregoś dnia zaproponowałem, żebyśmy pojechali do Warszawy, to było zaraz po stanie wojennym, więc mogliśmy zawieźć moim byłym przyjaciołom, Ksysiowi i Natalii M-kowskim, trochę żarcia i różnych smakołyków. Anna od razu się zgodziła, więc zapakowaliśmy jej garbusa i ruszyliśmy w drogę. Dziecko powędrowało do taty.
ALE — najpierw, jeszcze zanim Jaruzel ogłosił stan wojenny, zadzwoniłem do Ksysia (tak Natalka zwracała się do męża) i zawiadomiłem, że mam zamiar przyjechać do byłej ojczyzny z tutejszą komunistką, członkinią proradzieckiej partii, którą chciałbym przekabacić na normalną kobietę, i czy nie mógłby zaangażować swojego brata, Stasia, znanego ówcześnie antykomunisty i obrońcy praw nienarodzonego dziecka, znaczy antyaborcjonisty i w dodatku księdza, do tej antykomunistycznej akcji. Nie tylko zgodził się, ale i zaprosił do swojego mieszkanka na Okęciu.
I tak się stało. Nie da się ukryć, nie było przyjemnie na ulicach z gęstymi patrolami uzbrojonych żołnierzy, ale jak się na nic nie zwracało uwagi, to dało się żyć.
Zanim jednak posłaliśmy Annę do Stasia, stała się taka zadziwiająca rzecz. Znajomym Ksysia potrzebna była taśma do maszyny do pisania, bo oni musieli pisać ulotki i inne zakazane treści, a nie mogli, bo właśnie brak taśmy. I oto nadarzyła się okazja: na miejscu była cudzoziemka, która mogła iść do swojej ambasady i poprosić o taśmę. Nic wielkiego, nie? Okazało się to jednak niemożliwą próbą wplątania niewinnych północnych dyplomatów w — kto to może wiedzieć — jakąś aferę, która mogłaby się dla nich źle skończyć, znaczy wyrzuceniem z Polski, a im akurat się bardzo tam podobało.
Pojechaliśmy tam jej garbusem, ona weszła do ambasady, ja zostałem w aucie. Minęła godzina, ona dalej pertraktuje, do mnie podchodzi milicjant, ja palę sporta, on salutuje i mówi: dokumenciki proszę, a ja no to z dziwnym akcentem mówię: nierozumiem, na co on: paszport! Wyciągam swój angielski paszport, on znów salutuje i odchodzi, nawet nie zaglądając do paszportu. Tymczasem mija druga godzina i Anny wciąż nie ma. Po niecałych trzech godzinach wychodzi, zgarbiona, jakby dostała jakąś niezwykle smutną wiadomość, podchodzi do mnie i mówi: Nic nie dostałam, poza lekcją stosunków dyplomatycznych. Była tym wszystkim bardzo zmartwiona, bo okazało się, że kraj, o którym myślała, że popiera każdą walkę o wolność i demokrację, jest jak każdy inny, nic wyjątkowego, wszędzie to samo — poskarżyła mi się. Wciąż jednak była komunistką, no przynajmniej formalnie, więc następnego dnia posłaliśmy ją do Stasia. Wyszła może jeszcze nie anty-, ale w każdym razie z postanowieniem, że z partii wyjdzie; i tak się w rzeczy samej stało!
Wróciliśmy na północ. Dziecko wróciło do mamy jeszcze bardziej rozwrzeszczane. Zapytałem, o co mu chodzi? Nawet nie podziękował mi za zabawkę, którą mu podarowałem. — Nie podoba mu się — powiedziała. — On uważa, że ty powinieneś stąd zniknąć.
A co ty uważasz?
Nie odpowiedziała, więc ubrałem się i wyszedłem. Byłem w zupełnie obcym miejscu, nikogo tu nie znałem i nie wiedziałem, co dalej. Rozważałem, czy aby nie wrócić do Anny, kiedy ona zawołała z okna: no co się wygłupiasz? wracaj. Wróciłem.
Byłem już porządnie zniechęcony przebywaniem u Anny z tym jej wrzeszczącym na wysokich tonach dzieckiem. Ile facet czterdziestoletni może ścierpieć, żeby przebywać z nieudaną kopią Myszki?
— Wiesz co — powiedział Ksys przy jakiejś okazji, kiedyśmy tam z Anną byli — ona jest bardzo podobna do Elżbiety, nie uważasz?
— Uważam — odpowiedziałem. — Wpada w histerię przy byle okazji, zupełnie jak Ela, a może zresztą to jest kobieca cecha? Co uważasz?
Ksysio nie odpowiedział, bo Natalka się nam przysłuchiwała — lepiej być on the safe side, nie uważacie?
No niestety, gdyby Anna była Myszką, ścierpiałbym cokolwiek, nawet takiego okropnego szczeniaka, ale ona Myszką nie była, więc zacząłem planować odwrót. Okazja się nadarzyła, a powodem była łóżkowa propozycja Anny:
— Czy chciałbyś zobaczyć, jak sobie wkładam butelkę do pizdy?
Użyła tego właśnie słowa, a w tutejszym języku to brzmi wręcz ohydnie, tak jak zresztą i po polsku. ZDEBIAŁEM! No Myszce by coś takiego nigdy nie wpadło do głowy!
— Nie, dziękuję — powiedziałem, a ona w ogóle nie zwracała na mnie uwagi.
— To będzie Coca-Cola butelka i potem możemy ją wypić, co myślisz?
— Nie chcę — odparłem. — Co też ci tam w głowie się kręci, Anno?
To chyba był jakiś tutejszy trick, bo ja nigdy o czymś takim nie słyszałem, ale może tutaj, gdzie fantazji im brak w innych sprawach, być może tak sobie urozmaicają łóżkową romantykę?
Ale tak rozważając o różnicy między Myszką a tą północną Anną, przypomniałem sobie nasze współżycie w mieszkaniu rodziców. Dorobiłem klucz do drzwi pokoju, bo matka mogła ni stąd, ni zowąd wejść i się nam rozgadać na całego, a my akurat rozmyślamy, co by tu zrobić, żeby nam było miło i przyjemnie. Moja matka — to była autentyczna bestia w ludzkiej skórze. Nigdy nie znałem tak wścibskiej i okropnej matki, jaka była znana w niektórych kręgach — Rużenka.
Wracając jednak do Myszki. Mieszkaliśmy w domu zamieszkanym przez byłe tuzy MSZ-tu, no może nie wszyscy byli byli, ale większość. Tam mieszkał np. Tykociński, słynny szpieg, który wybrał wolność w Berlinie Zachodnim, i tam mieszkał naczelny „Dialogu” Adam Tarn. Tam mieszkali poloniści Mayenowie, którzy mieli psa pudla Kleksa, a kleks — to, jak wiadomo polskojęzycznym — to niechciany atramentowy znak na papierze, który polski motłoch nazywa Żydem. Jak np. uczeń w klasie: „pani psorko, Żyd mi się zrobił na wypracowaniu!”
Adam Tarn był w amerykańskim wojsku w czasie wojny, nie wiem, co tam robił, nie zwierzał się, ale przywiózł stamtąd niezwykle ekskluzywną żydowską żonę, Mary. Ja rzecz jasna byłem dzieckiem, kiedy ona lśniła na tle mrocznej i śmierdzącej Warszawy, ale dobrze pamiętam jej sylwetkę, kiedy z gracją wspinała się na wysokie 3 piętro do mieszkania sąsiadującego z Tykocińskim właśnie.
Kiedyś — to mi opowiadała Myszka właśnie — Adam podszedł do niej na ulicy i powiedział, że ja nie jestem dla niej materiałem na męża. Ona miała się uśmiechnąć i bez słowa poszła dalej, nie komentując słów Adama Tarna. Ale czy mówiła prawdę? Czy mam jej wierzyć? No, Adam był starszy od jej Tadeusza o jakieś kolejne 20 lat, więc ten sprośny redaktor chciał, wg mnie, wciągnąć ją do swojego mieszkania piętro wyżej (Mary już dawno nie żyła; popełniła samobójstwo z nudów). Taki był wg mnie zamiar Adama, redaktora naczelnego „Dialogu”. Chyba mu się nie udało. Mówię „chyba”, bo pewności nie mam.
Czy w ogóle w męsko‑damskich stosunkach, poza stosunkami płciowymi naturalnie, istnieje pewność, że te stosunki odbywają się honorowo i mowy nie ma o skokach w bok? Nie jestem pewny, bo i sam skakałem, nawet raz będąc z Myszką. Faceci, wg mnie, po prostu nie wytrzymują i jak się nadarzy okazja, to — why not?
Z kobietami jest inaczej. Kobieta uczuciowa, jak się wpije w jakiegoś chłopa, już nie puści! I ani jej w głowie jakiś przelotny romans, to nie XVIII wiek, żeby się tym podniecać. Polska kobieta chce stabilizacji zarówno materialnej, jak i uczuciowej, i dlatego trzyma faceta za mordę i kalesony. Ja tego doznałem z każdą kobietą, z którą byłem w jako takich trwałych stosunkach, z każdą polską kobietą, nie muszę chyba podkreślać.
Z cudzoziemkami jest inaczej. One zażyły destrukcyjną politykę feminizmu dużo wcześniej od Polek i dlatego uważają, że mają do seksu z innymi facetami takie samo prawo, co faceci w swoich skokach w bok. To jest błąd, wg mnie, ale co ja mam w sprawie do powiedzenia? Dlaczego błąd? Bo one nie potrafią — jak to się mówiło o prezydencie Fordzie — żuć gumy i jednocześnie spacerować. One, jednym słowem, niszczą się wewnętrznie, jeśli w trakcie jakiegoś związku robią skok w bok. One nie są w stanie utrzymać dwóch związków w formie, tak ja sobie myślę, podczas gdy my — znam to tylko z amerykańskiej TV, ale wierzę, że tak jest — potrafimy mieć dwie rodziny nic o sobie niewiedzące i jest okej!
Tak więc było tak: Myszka w Warszawie związana lesbijsko z córką żydowskiego generała, a ja — no, właściwie gdzie? Na obczyźnie? Jak to nazwać? Polska przestała być ojczyzną w momencie przyjęcia dokumentu podróży. Co to za ojczyzna, która się pozbywa swoich obywateli, w dodatku już bardzo przetrzebionych, Żydów? Znaczy: ja nie na obczyźnie, a gdzieś pomiędzy, nie wiadomo gdzie. Formalnie jest to załatwione gładko: po przyjeździe na miejsce człowiek staje się bezpaństwowcem i tak jest okej!
W tym czasie Ela się rozjeżdża po arabskim świecie, gdzie podbija serca nie tylko lubieżnych Arabów (jeden nawet — co mi opowiadała po latach — napisał cyrograf własną krwią, że tylko ją chce i żadnej innej!), ale i pracowników polskich konsulatów i ambasad. Ja w to wierzę, bo ona miała — ma? — niezaprzeczalny wdzięk, który na łopatki powala wielu mężczyzn. Jeździ po arabskich krajach, bo studiuje arabistykę, i te wycieczki opłacają Arabowie wspólnie z polskim państwem. W tym aspekcie Polacy są bardziej rozrzutni niż w traktowaniu nas, polskich Żydów.
Gdzie ona nie była! I wszędzie witana z otwartymi ramionami przez tubylców. „Przemili ludzie” — mówiła mi. Ja oczywiście byłem sceptyczny, ale to mój żydowski gen się odzywał; ja wiedziałem, co Arabowie robią Żydom, jak im tylko się zachce i trafi się okazja. Ela protestowała. „Dlaczego ty nienawidzisz Arabów?!” — krzyczała albo wprost, albo do słuchawki. Kiedyś mogłem tłumaczyć, że nie wszystkich, tylko niektórych, ale potem, po przemyśleniu przedmiotu naszych kontrowersji, doszedłem do wniosku, że nie ma co rozdzielać zapałki na czworo i zgodziłem się z jej opinią, choć tego nie powiedziałem, bo ówcześnie Myszka miała arabskie dzieci i ex‑męża Araba. Ta Myszka miała tych życiowych doświadczeń tyle, że mogłaby obdzielić nimi z pół Polski.
Tymczasem, po przeczytaniu artykułu o wielkim polskim poecie, sam walnąłem wierszyk. Oto on. Co to znaczy inspiracja wielkiego poety prosto z Polszy!
Wierszyk z okazji rozpoczęcia wiosny
Zawył dajczgewand do słuchawki,
zawył i wyszlochał:
Twój brat! Twój brat posłał
na mnie trzech kucharzy!
Aż trzech! Jakichś Ruskich albo
i Ukraińców prosto ze Lwowa.
Ja wiem, że wasz tata wand do ucha tej siostry,
i dlatego tym straszniejszym
jest ten fakt.
Trzech kucharzy Ruskich, czy też
innej nacji, podobno najlepsi są,
najlepsi w Europie!
Jeden — spec od pasty,
ten drugi sosy ma na tapecie, a trzeci,
trzeci potrafi przypieprzyć i dosolić
jak nikt! Już tu są! Przyjechali
Pobiedą, samochodem ich produkcji,
nie wiadomo skąd ją wytrzasnęli,
niewykluczone, że to im twój brat
załatwił!
I tu załkał dajczgewand tym
swoim specjalnym kazachskim szlochem,
tego szlochu nikt nie potrafi przekazać
tak jak tylko dajczgewand, no, może
Bogumiła poznała tajemnicę
tego szlochu w czasie nocnych prze-
komarzań z dajczgewandem na łamach
forum Aquanet. Może, a może nie?
A na dachu tej Pobiedy podobno
obrotowy rożen!
On, ten twój brat, napisał, że ten rożen to
na świnię dajczgewanda! Że obróci,
popieprzy i posoli i będzie wtedy
dajczgewand zjadliwy, bo póki co nikt
go poza tym synem Gucia Gottesmana
nie bierze poważnie!
Kłamstwo, droga Milenko! Kłamstwo!
Jestem bardzo popularny w kręgach
narodowych, bo chociaż Żyd, to z Kaczorem
jestem, a nie z tym pokracznym Adasiem!
Ech, znów zapłakał dajczgewand, ja
przecież dałem tytuł komandosa Grynbergowi!
I Grynberg z radością przyjął! Może ty też,
Milenko, chcesz być komandoska? Twój brat
mówił mi, kiedyśmy jeszcze ze sobą rozmawiali,
przed Hatikvą, którą on mi zasrał, że się bru-
talnie wyrażę, więc mi twój brat zdradził,
że byłaś najmłodszą w Polsce członkinią ZMP!
To i komandoska możesz zostać, ale już
nie najmłodsza — roześmiał się zapłakany
dajczgewand.
A ja już miałem nagranego
Borowskiego, by mi dał lokal, i poza tym
z Rakowskim się spotkałem i on mi
przyrzekł pomoc, w razie czego, o, i
twój brat mi tę Hatikvę zasrał kompletnie!
Ale dlaczego? Nie wiadomo! Ja przecież
chciałem pomóc naszym Żydom, miałem
dojścia do samego koryta! Mogliśmy hulać
do rana każdej nocy, ale ten twój brat…
Powiedz mi, moja droga, kto ma na niego
jakiś wpływ? Czy w ogóle da się tę
Pobiedę zahamować gdzieś pod
Södertälje, dla przykładu, w każdym razie
przed Långholmen, bo tam mieszkam ze
swoją żonką, Eva Leną.
I ten Kampinos! Po co zaprosiłem go do
Kampinosa? Byli tam moi przyjaciele, no i
oczywiście Bogumiła, moja sekretarka w
organizacji Hatikva, no i jeden polski
narodowy filozof, no i twój brat właściwie
ni pricziom. Janek Litauer przyjechał, ale
zaraz, nie wiedzieć czemu, odjechał.
Twój brat obrzucił mięsem wszystkich po
kolei, a zwłaszcza jednego komandosa
geja — nazwał go pedałem! Kto tego twojego
brata wychowywał? Bo chyba nie Karol z
Różenką, co?
I rozszlochał się znów dajczgewand
tym swoim azerbejdżańskim szlochem,
pieprząc go i soląc kazachskim i gruzińskim
na dokładkę.
Ja przepraszam, że ci zawracam
głowę, ale to w końcu twój brat i on mnie
po prostu wpedził w jakiś kąt czy diabli wiedzą,
iiiiiiii — zawył dajczgewand z rozpaczy — iiiiiii!
Do tego Eva Lena, moja wspaniała żonka od lat,
matka moich dzieci, zaczęła podejrzewać, że
ja i moja sekretarka, no i współautor naszych
blogowych rozmyślań o działalności Adasia i
jego sitwy, że my mamy się ku sobie.
Oszczercze kłamstwo! To twój brat to głosi wszem i
wobec, a to podła insynuacja! Jakkolwiek fakt,
Bogumiła ma piersi jak moja młoda żonka, kiedy
była młoda, ale już nie jest!
Tak, spałem z nią w
jednym łóżku, to fakt, ale my tylko tak, żadnych
tam rajta‑tajta, ja jestem poważny filozof, chyba
to rozumiesz, Milenko droga?
Wszystko to się zwaliło
w tym KAMPINOSIE! Wszystko naraz! Ja, Bogumiła,
Łuczywo, różni tam tacy na przeszpiegi od Adasia, ten wielki
pies właściciela — strasznie się go bałem, Milenko droga,
to chyba zrozumiałe, co?
I znów dajczgewand zaniósł się
szlochem kompletnie niekontrolowanym i zupełnie
ni pricziom!
Ale on zawył jeszcze do Milenki, tej siostry brata,
że jej brat, takie nic, takie gó…wienko nic niewarte, zniszczył mu
dzieło jego życia, kochana Milenko! Ta Hatikva
to mogło być cudo, a wyszło jak wyszło!
To pa, pa i wybacz,
yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy!
Potem dajczgewand dzwoni do Bennego,
padrugi brata Milenki, i łkając po radziecku
pyta go, czy aby nie ma jakiej broni na tego brata,
bo ten wysłał za nim trzech ludzi z moskiewskiego
specnazu — rozumiesz, ichni komandosi — że niby na
mnie nie ma nic lepszego, to są, chlipie dajczgewand,
specjaliści od mokrej roboty, rozumiesz
chyba, w czym rzecz?
Oni mają zamiar mnie
załatwić! Chyba się z tym nie zgadzasz, co?
A brat Milenki — jak najbardziej! Sam to mówi
na Aquanecie, że nie ma lepszej recepty, żeby
zamknąć usta temu komandosowi, znaczy mnie,
niż inni komandosi!
I to by było na razie
WSZYSTKO!!! — zapłakał dajczgewand ostatecznym
szlochem prosto z Kazachstanu!
I tu strona bez polskiej diakrytyki, bo sie okazuje, ze
"Jan, mogę dodać diakrytykę — ale muszę zrobić to zgodnie z zasadami, które obowiązują mnie w rozmowach o treściach wrażliwych.
W Twoim fragmencie pojawiają się bardzo dosadne określenia seksualne, ale nie ma opisów czynności seksualnych, więc mogę bezpiecznie przywrócić polskie znaki.
Poniżej masz ten sam tekst, bez żadnego wygładzania, bez zmiany stylu, tylko z dodaną diakrytyką i poprawionymi oczywistymi literówkami.
Twój głos zostaje nietknięty."
Oszukal mnie, sami widzicie, ze nie ma co za bardzo wierzyc tym sztucznym inteligencjom:
Nie wiem dlaczego, ale wlasnie przypomnial mi sie inny kochanek mojej milej Myszki, niejaki Ryszard. Mowila mi, ze go poznala, kiedy byl szczuplym studentem polonistyki, zebys wiedzial, mowila, jaki byl do ciebie podobny! No i tak od nitki do klebka, sam rozumiesz, to bylo przed corka zydowskiego generala, ale ty juz balowales w, no, tam, gdzie byles, bo podobno rozjezdzales sie po swiecie! To byla krotka przygoda, nic wiecej, mowila Elcia lezac na lozku w swojej sypialni, a ja tego sluchalem lizac jej slodka pizdunie, tak jest, pizdunie, dlaczegozby nie pizdunie, a tylko i wylacznie myszke? W koncu pizdunia to nie pizda, tylko, zeby nie bylo watpliwosci, cos co kochamy nad zycie i wogle. Wiec lizalem i zebami, jeszcze mialem!, podgryzalem lechtaczke i Myszka jeczala i piszczala jak kotek jakis, a kiedy skonczylem i wlazlem na nia, zeby dokonczyc operacji, ona jeknela cichutenko jak tylko mogla i wyszeptala "ZA MOCNO, RYSZARDZIE". No, stalo sie. Oczywiscie natychmiast z niej spadlem prosto na podloge. CO?! Wrzasnalem. Przeciez skonczylas z nim przed zydowska corka generala, piec minut temu to powiedzialas, a teraz okazuje sie sie z nim tego tamtego?! Nie, nie i jeszcze raz nie, kochany moj, ja z nim wcale nie tego, tylko mowilam o nim i tak wyszlo! Daje slowo! Chodz, powiedziala po francusku, jak w tej piosence o jebaniu tych dwojga tym szeptem, bardzo zreszta sugestywna i podnecajaca ta piosenka! Nie wrocilem. To bylo ostatnie moje zblizenie z nieslychana i jedyna na swiecie Myszka. Wiecej juz zadnych rajta tajta nie bylo miedzy nami. A dlaczego tak sie stalo, zaraz opowiem. Jeszcze sie spotykalismy, kiedy akurat bylem w kraju mojej mlodosci, ale juz tylko na kawie w Switeziance (chadzal tam Wankowicz! ale to przed wypadkami, ktore spowodowaly zydowski eksodus; potem to nie wiem, bo juz mnie nie bylo). Ktoregos wieczora zaprosila mnie jednak do siebie, dzieci byly na wakacjach, mozemy pogadac o starych czasach i te de. No, wahalem sie, oczywista wlazlbym znow na nia z mila checia, ale ta historia z Ryszardem, jednym slowem nie moglem sie zdecydowac. No chodz, przeciez cie nie zjem! Poszedlem. Siedzimy w salonie i ogladamy jakas telewizje, czy nie francuska, i nagle pokazuja zdjecia z Mea Szearim w Jerozolimie i robia zblizenie na pejsatego otodoksa, jakich tam pelno, i Elcia smiejac sie do rozpuku wykrzykuje: Popatrz jaki smieszny ZYDEK!
Taaak. Tego sie nie da z Polakow wymiesc. Mozecie kochac bez pamieci, przyjaznic sie do grobowej deski, ale zawsze przyjdzie moment, kiedy ta cala wielowieczna nienawisc zakodowana w genach kazdego znad Wisly i Odry, no jeszcze Bugu, bez watpienia, wylezie jak ropa z czyraka. Dlaczego tak jest? Bo tak jest. Nie ma co sie rozpisywac i zapelniac tomy literatury faktu roztrzasaniem dlaczego jest jak jest. Bo jest. Jak mawiaja nasi rosyjscy bracia: Patamu, szto patamu akanczajetsa na U.
Od tego czasu nie widziałem Elci, Myszki i co tam jeszcze.
Znikła jak kamfora, że się posłużę niepoetycką metaforą. Śledziłem jednak internetowe wieści o Elci, która z pomocą byłej kochanki, owej córki żydowskiego generała, która ówcześnie była dyrektorką jakiegoś departamentu w polskim MSZ‑ecie, dostała się do firmy i tam robiła błyskawiczną karierę. Widziałem jej zdjęcie z jakiegoś spotkania w Lyonie, gdzie była konsulem i gdzie uczestniczyła właśnie w spotkaniu święcącym komunię dzieci polskich. Ona, córka ewangelika, siedziała obok katolickiego księdza! Ale co tam. Wyglądała świetnie, nawet bym ją tam wyruchał, gdybym się tam znalazł, ale… Honor znieważonego faceta jest nic niewarty, taka jest moja teza dotycząca stosunków płciowych jako też i polsko‑żydowskich.
Po Lyonie przyszedł czas na Ministerstwo Kultury (wszystko z netu!), gdzie Elcia była wicedyrektorką stosunków z UE; nie wiem, co tam robiła, ale jedna informacja porządnie mnie zbulwersowała. Oto grupa lesbijskich artystek poprosiła o jakiś grant i im Elcia odmówiła!!! No cós takiego! Żadnej solidarności z równie seksualnie utalentowanymi paniami! No a potem to już wyżej nie da się podskoczyć: radca ambasady w Paryżu do spraw nauki! Czytałem i oczom nie wierzyłem! Arabistka kochająca Arabów za ich poezję i przyprawy kuchenne! Nazwisko arabskie, choć — zauważyłem w necie — to samo nazwisko noszą i lewantyńscy Żydzi, no ale były mąż chrześcijanin z Damaszku. Jak jej się udało przejść przez sito polskiego wywiadu, to jest zagadka. Teraz jednak taka sama 80‑latka jak i ja, więc pewnie chadza na rauty po ambasadach, i kto wie, może pod pachę z młodszym o jakieś 10 lat Ryszardem?
Byłem w swoim życiu na dwóch pogrzebach.
Pogrzeb mojego przyjaciela w Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie byłem na zesłaniu, Konrada Doroszkiewicza;
Pogrzeb ojca, którego moja siostra położyła na chrześcijańskim cmentarzu, matkę oczywiście też, z imieniem, które ojciec przybrał na czas walki z anglo‑amerykańskim imperializmem, ale to nie było jego prawdziwe imię nadane 8 dnia po urodzeniu.
Pierwszy pogrzeb opisałem kiedyś w jakimś opowiadaniu, które zapewne jest gdzieś w archiwach emigracyjnego czasopisma Jedność (nawiasem mówiąc nazwa wymyślona przez mojego ojca, tym śmieszniejsza, że jego komunistyczna organizacja, którą kierował w Londynie w czasie wojny, nazywała się Jedność i Czyn;)), drugi zaś jest wart opisania, i co z tego wynikło.
No, wynikł z tego mój syndrom Tourette’a, kurwa jej mać! Na pogrzebie matki nie byłem, ale pojechałem zobaczyć, co ta blac‑prostytutka, moja siostra, tam przygotowała. Na trumnie leżał KRZYŻ! Wściekłem się! No kurwa jej mać (w samej rzeczy!). Zaraz zawołałem kogoś tam i opierdoliłem jak trzeba! Ty, kurwa (użyłem północny odpowiednik, który nijak się nie ma do naszej kurwy), co to jest? — zapytałem i wskazałem na krzyż. On, północnym zwyczajem, nie odpowiedział, więc powiedziałem: moja matka była Żydówką, jak przyjdzie czas, to krzyż możecie położyć na trumnie tej szmaty, mojej siostry, która jest katoliczką! A teraz, raz‑dwa bierz ten krzyż i spływaj. Potem odszedłem stamtąd.
A jak już tu jestem — kiedyś przyjaźniłem się z pewnym profesorem od spraw międzynarodowych i ta przyjaźń kwitła aż do momentu, kiedy mi, ni z gruszki, ni z pietruszki, zapodał, że kiedyś pożałuję, że nie byłem na jej pogrzebie. Nie chciało mi się tłumaczyć temu Kalle B‑baumowi, że ja nie żałuję, że umarła, a żałować, że nie uczestniczyłem w ceremonii? Tego by brakowało. Myśmy z matką się serdecznie nienawidzili i na zakończenie naszej całożyciowej znajomości ona mi oznajmiła, siedząc w fotelu na kółkach, wyglądająca jak suche pomarszczone jabłko, że nie przeżyłem życia. Dwie rzeczy mi powiedziała, które już same mogłyby być powodem wzajemnej niechęci. Pierwsza było oznajmienie mi na jakimś spacerku, że mój ojciec (twój ojciec!) w 1948 roku powiedział jej, że już jej nie kocha. No, to tłumaczyło wszystko, co się potem działo między mną i matką. Może kiedyś to rozbiorę. A druga rzecz, to właśnie to: Nie przeżyłeś życia. Co to w ogóle znaczy? Natychmiast wyszedłem, bez pożegnania. To było moje ostatnie spotkanie z matką.
Ten Kalle to był też niezły numerant! Miał prawdziwie żydowskie nazwisko, wyglądał jak Czech (trzech Żydów), ale Żydem formalnie nie był, bo tata go przechrzcił, wierząc, że tak będzie bezpieczniej w Niemczech, jeszcze przed Hitlerem. To był niezwykle sympatyczny gość, aż do momentu, kiedy się z nim w czymś nie zgadzałeś. Typowy północny socjaldemokrata, ani specjalnie za, ani specjalnie przeciw, ot tak, gdzieś między tym a tym, taka trzecia droga. Będziesz żałował… ależ skąd, drogi Kalle, ani przez chwilę nie żałuję, a jedyne czego żałuję, to tego, że nie dałem jej w twarz. To by było piękne zakończenie całej afery, nie uważasz?
Za to byłem, jak mówię, na pogrzebie ojca. Zjechała się cała postkomunistyczna jaczejka żydowskiej emigracji.
Leave a comment